Tuż przed długim weekendem otrzymałem smutną informację. Postanowienie sądu o zabezpieczeniu roszczenia konkurencji, w postaci zakazu sprzedaży 3 książek, których okładki rzekomo są zbyt podobne do publikacji konkurencji. W przeciągu kilku tyg. możemy spodziewać się pozwu w tej sprawie (1 w historii firmy). Korzystanie z prawnie dostępnych środków mnie oczywiście nie oburza (zabezpieczenie na 99% uda nam się uchylić a proces sądzę, że wygramy), ale boli mnie coś innego. Otóż o całym “problemie” dowiaduję się przez sąd…

Konkurencja (duże polskie wydawnictwo, które dotychczas szanowałem) nie pofatygowała się, żeby nam napisać chociaż 1 maila, podnieść słuchawkę i zadzwonić, czy napisać do mnie 1 wiadomość na Linkedin z informacją, że coś im się nie podoba. 5 min. rozmowa by wszystko wyjaśniła, dogadalibyśmy się z pewnością.

Ale nie, woleli nas podać do sądu. Teraz przez jakieś 2-3 lata będziemy się procesować, wydawać góry pieniędzy na prawników i ogólnie marnować swój czas, tylko dlatego, że… no właśnie, dlaczego? To przykre, że w 2020 r. tak prowadzi się biznes w naszym kraju, że w konkurencji widzi się wrogów…

Z drugiej strony nie dziwi, że sądy działają wolno, skoro w dobie social mediów biznesmeni wybierają sąd jako miejsce swojej 1 rozmowy…


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.